Wielkanocny Poniedziałek

Krótka była noc z Wielkiej Niedzieli na Wielki Poniedziałek. Nie wyspali się ludzie, bo zanim zapiały pierwsze kury, babskie piski postawiły całą wieś na nogi. Odwieczny zwyczaj nakazywał, by wraz z brzaskiem zacząć oblewanie dziewuch wodą. Wiedziały, co je czeka o świtaniu i może dlatego nie zawarły na noc drzwi od chaty. Zostać oblaną - nic wprawdzie przyjemnego, ale spędzić cały dyngus w suchym przyodziewku - jeszcze gorzej, po prostu wstyd! "A zdarza się nieraz, że przekwitła dziewucha sama wyleje na siebie dobry dzbanek wody w kącie obejścia i wybiegnie na drogę, krzycząc w niebogłosy:  <<Tak me zlały te zarazy! Tak me zlały>>

Oblewanie wodą w tym dniu to męski przywilej. Młodzież nie miarkowała i z cebrzykami czekała na panny, przycupnąwszy za płotem. A niechby która młódka wpadła w ich ręce... Biada jej, bo to przecież koniec marca, rankiem ziąb jeszcze okrutny a oni jej nie darowali, póki nie zmoczyli do ostatniej suchej nitki. Wrzucili do stawu albo zepchnęli z wysokiego brzegu do rzeki, bywało, że wtrącili i w koryto. Po takim śmigusie matka rodzona nie poznała niebogi! A z drugiej strony, to widać było, że ma panna powodzenie.

Smutno było w tej chacie, w której miodki siedziały suche. Wypominała to gospodyni parobkom, gdy przychodzili po dary:

- Tuście dziewcząt nie kąpali. Idźcie sobie teraz dalej!

Wioska była zalana wodą jak po deszczu. Na ścieżkach stały kałuże. Zdenerwowane ptactwo, które takich porządków na podwórzu nie lubi, kwakało, gdakało i gęgało podniesionym głosem. Psy ujadały zajadle, bo je poczęstowano resztką wody z cebrzyka. Koty pochowały się w najciemniejsze kątki. Zabawa trwała na całego. Już nie tylko chłopcy uganiali się za dziewczętami, ale i gospodarz chlusnął kubkiem wody na okazały biust gospodyni.

Gorset mokry... Gospodyni niby to się gniewała, ale przecie była rada, że i ona jeszcze nie taka ostatnia. Jutro odbije sobie za dzisiaj. Nazajutrz bowiem zmieniały się role i baby miały sprawiać dyngus-śmigus chłopom. Ale na razie jak Polska długa i szeroka trwało oblewania dziewcząt. Echo niosło piski, krzyki od Bałtyku po Karpaty. Nawet na dworze królewskim arystokratyczni kawalerowie dystyngowanie skraplali damy wodą różaną z flaszeczki.

Trudno dzisiaj powiedzieć, jaki był sens tego zwyczaju, który przecież jest kontynuowany. Możliwe, że chodziło tu o akt oczyszczenia i wzmocnienia sil rozrodczych. Ziemia rodzi tylko wtedy, gdy nie brak jej wody, gdy padają deszcze. Sama w sobie, bez wody, pozostaje bezpłodna. W wielu okolicach w drugi dzień świąt wielkanocnych oblewano nie tylko kobiety, ale i ziemię, by spowodować większe plony, oraz krowy, by dawały więcej mleka.

do strony głównej